niedziela, 2 października 2016

02.Anioł Kresu.

   Łapczywie łapiąc powietrze, podniosła się do pozycji siedzącej. Dyszała, zmęczona nagłymi wspomnieniami. Dłonie oparte na ziemi drżały niczym u starszej osoby będącej o krok od zakończenia swego żywota. Oczy panicznie przeglądały dobrze już im znane pomieszczenie. Zdezorientowana nastolatka, szybkim ruchem sprawdziła głęboką ranę w boku. Przegryzła wargę ze złości. Cięcie było precyzyjnie zszyte. Rozczarowana, opuściła idealnie białą koszulkę na dół. Dopiero wtedy spostrzegła, że została ubrana w świeżą odzież w tym samym kolorze. Frustracja wzrastała w niej z każdą chwilą.
   – Czego ode mnie chcecie do cholery?! – Wstała w przypływie gniewu. – Nic nie mam! Nic! Mieszkam w najgorszej strefie w całym państwie. Nie posiadam niczego co by było dla was użyteczne – wytarła ślinę z ust.
   W cichej komnacie nawet echo nie śmiało się odezwać. Oriabi zaczerpnęła kilka głębszych oddechów.
   – W porządku. Zaczekam – sapnęła.
    Opanowując na powrót swe emocje, cofała się aż jej ciało zetknęło się z chłodną ścianą. Oparła się na niej plecami i zjechała z powrotem do pozycji siedzącej. Zgięła nogi w kolanach, na których położyła swe ręce. Zmęczonym wzrokiem wpatrywała się w pustkę. Nie przejmowała się więcej wolno mijającym czasem czy powodem, dla którego znajdowała się w siedzibie Aniołów Kresu. Żadne uczucia już nad nią nie górowały. Jak zwykle była obojętna na otaczający ją świat. Mogła zarówno przeżyć jak i umrzeć. Robiła więc jedyne co mogła. Czekała.

***

    Minęło dwadzieścia dni od uwięzienia Oriabi. Z nudów nastolatka każdego dnia robiła jedno zadrapanie na przedramieniu. W taki sposób odliczała dni spędzone w kwadratowym pomieszczeniu. Dwa razy w ciągu dnia dostawała skromne pożywienie składające się z bułki, ogórka bądź pomidora, miskę z wodą i plastikowe pudło jako toaletę. Przychodziło to tylko wtedy, gdy zapadała w głęboki sen. Nigdy podczas jej aktywności. Kilka razy próbowała "oszukać" Aniołów Kresu, udając, że śpi, lecz na marne.
    Muszą monitorować mój mózg.
   Mimo wielu niewiadomych oraz frustracji, białowłosa nie miała myśli samobójczych. Nie wiedziała czy kiedykolwiek uda jej się wydostać. Czy kiedykolwiek zobaczy coś innego niż puste, białe ściany.
    Może to jest lepsze od codziennej rzezi. Spokój. 
    Powoli zaczęła się przekonywać, że zamknięcie jej jest bardziej czymś dobrym niż złym. Tu mogła żyć w ciszy. Nie musiała przyjmować misji, z których wynagrodzenie starczało ledwie na zakup jedzenia.
   Co będzie z Hathor? Cholera! Nie mogę jej samej zostawić. 
   Każdego dnia się nad tym zastanawiała. Nad swoją rodziną. Jak sobie radzą? Czy tęsknią? Może jej szukają.
   Nie powinni. To niebezpieczne. 
   – Oriabi Besidwasio.
   Znajomy głos wyrwał białowłosą z rozmyślań. Odruchowo uniosła głowę i utkwiła wzrok w drobnej postaci stojącej przed nią. Płomieniście rude loki idealnie okalały twarz przykrytą białą maską z czarnymi ustami. Kobieta wpatrywała się w nią spokojnym wzrokiem.
   – Pozytywnie przeszłaś inicjację.
   – Kiedy mnie wypuścicie? – Zapytała bez wahania.
    Wiedziała jak potężne są Anioły Kresu, jednakże mimo to, nie czuła przed nimi respektu.
   – Nie powinno mnie tu być. Mamy zaledwie kilka minut na poznanie się. Wykorzystajmy je jak najlepiej.
   Jej oczy promieniały radością. Delikatnymi, jasnymi dłońmi dotknęła krawędzi maski, po czym ostrożnie ją ściągnęła. Dziecięca, radosna twarz uśmiechała się do poważnej, wychudzonej siedemnastolatki.
   – Nazywam się Freya Ryon. Mam dwadzieścia siedem lat i jestem twoim opiekunem. – Odsłoniła  rząd lśniąco białych zębów.
   – I co w związku z tym? Mam Ci się kłaniać, bo jesteś Aniołem Kresu?
   – Tak jak myślałam. Masz niewyparzony język. To może być problem – podrapała się sfrustrowana po głowie. – Cóż, nie przejmujmy się tym na razie. Chodź, oprowadzę Cię po ośrodku.
   Okazja do ucieczki. 
   Podniosła się ociężale z obojętną miną. Ruda odwróciła się do niej plecami. Machnęła ręką w prawą stronę, jakby od niechcenia. Ze ściany wyłonił się kształt drzwi, które płynnie się rozsunęły. Nie czekając na reakcję dziewczyny, przekroczyła próg. Ona tylko stała wpatrzona w płomień znikający w świetle. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Cała zastygła.
   No dalej. Rusz się. 
   Myśli kłóciły się z nieustępliwym ciałem. Po tak długim czasie, nareszcie miała szansę wydostać się z jednolitej klatki. Tymczasem jej ciało protestowało całym sobą. Nie słuchało swej właścicielki.
   Co jest do cholery? Zrób ten pieprzony krok. 
   Krzyczała na samą siebie. Nie rozumiała co się dzieje. Nie bała się tego co ją czeka. Nie była przerażona wizją własnej śmierci. Dlaczego więc nie mogła się ruszyć?
   – Chodź, nie bój się.
   – Po co? Co jest twoim celem?
   Cisza. Tak jak się tego spodziewała, odpowiedziało jej echo złudnej ciszy. Zamknęła powoli swe powieki i z powrotem usiadła. Nie zamierzała nigdzie wychodzić. Nawet jeśli był cień szansy na powrót do starego domostwa. Nie chciała opuszczać bezpiecznej strefy. Nie bez odpowiedzi.
   – Nie jesteś ani trochę ciekawa tego co znajduję się za tym pomieszczeniem? Spędziłaś tu dwadzieścia dni w zamknięciu. Powinnaś wykopywać dziurę paznokciami, aby tylko się uwolnić. A ty nie chcesz nawet wyjść, gdy otwieram ci drzwi?
   – Co jest twoim celem? – otworzyła na powrót oczy.
   Zaskoczona twarz Anioła Kresu wyłaniała się ze światła. Frustracja wryła się w jej zielone tęczówki.
   – Mam cię oprowadzić po...
   – Mówię o prawdziwym celu – przerwała.
   Ruda przełknęła ślinę. Łzy powoli zachodziły jej wrażliwe oczy. Delikatność okalała ją niczym niewidzialna powłoka. Przerażające wieści złamały nawet tak bezlitosną jednostkę.
   – Jeśli ci powiem... Nie zniesiesz tego – uciekła wzrokiem w podłogę.
   – W tym świecie nie ma czegoś takiego – odparła niewzruszona.
   – W porządku – na bladej twarzy zagościł współczujący uśmiech.
  Freya biła się z myślami. Mimo wszystko, nie chciała wyjawiać powodu przetrzymywania młodej Besidwasio. Uważała to za zbyt okrutne jak dla niewinnej, siedemnastoletniej dziewczyny. Chciała ją oszczędzić, lecz rozkaz był rozkazem. Musiała go wypełnić nawet za cenę swego życia.
   – Oriabi Besidwasio – weszła do środka przybierając poważną postawę – po kilkuletniej obserwacji i dwudziestodniowym zamknięciu, podjęto decyzję o bezdyskusyjnym i natychmiastowym wytrenowaniu cię na strażnika pokoju zapieczętowanego państwa Montana. Od dnia dzisiejszego jesteś podlegającym mi Aniołem Kresu. Wszelki opór zostanie zgaszony zabiciem jednego członka twej rodziny.  Zabrania ci się opuszczania ośrodka AK oraz kontaktowania się z mieszkańcami. Każde nieposłuszeństwo zostanie surowo ukarane.
   Źrenice białowłosej powiększyły się dwukrotnie.
   Aniołem... Kresu? Zabicie członka rodziny? 
  Nieoczekiwane informacje uderzyły w nią niczym huragan. Drżące dłonie zacisnęła w pięści. Oddech był nierówny.
   – Wyjdź, gdy będziesz gotowa – odeszła zasmucona.
  Ja... Jak? Dlaczego? 
  Wściekła używając całej swej siły, uderzyła pięściami w podłogę. Z gardła wydarł się nieludzki wrzask pełen agresji i żalu. Z rozchylonych ust kapała ślina.
   Anioł Kresu...
 

 




   

niedziela, 1 maja 2016

01.Niecodzienna codzienność.

   Jak każdego dnia, ze wszystkich domowników, Oriabi obudziła się pierwsza. Przekręciła głowę na lewą stronę i spojrzała na nadal smacznie śpiącą Hathor. Rozczochrane blond włosy zakrywały część jej uroczej, dziecięcej twarzy. Oddech miała głęboki i głośny, lecz nadal spokojny. Ułożona na prawym boku wyglądała niczym mały aniołek tkwiący w czeluściach tego świata. Była za delikatna, aby żyć w niekończącym się piekle. 
   Taka bezbronna i niewinna. Nie pozwolę, aby kiedykolwiek coś ci się stało.
  Wyrywając się z rozmyśleń, Oriabi przegryzła dolną wargę i szybkim ruchem podniosła się do pozycji siedzącej. Była zmęczona monotonicznością każdego dnia w jedynym istniejącym państwie w tym zniszczonym świecie, który dał siłę jego przywódcom na zemstę na Zafirach za zniszczenie ludzkości i ponowne odbudowanie prawowitego porządku na Ziemi - tak mawiali doradcy prezydenta. Odchyliła głowę do tyłu patrząc na zniszczone, drewniane sklepienie, potocznie zwane sufitem. Westchnęła. Na myśl o porozwieszanych w całej Montanie sloganach, które wychwalały te zakłamane państwo, białowłosa śmiała się z pogardą. Nie znosiła go, ani tego, że musi tu tkwić do końca swych dni. Banalny obszar zabudowany murem nie do przejścia, przyprawiał ją o mdłości. Odbierano jej tu wszystko co choćby minimalnie polepszało jej życie.
   Nie marnując więcej czasu na zbędne rozmyślanie, wstała, złapała za wyblakłe, czarne ubrania leżące na starym krześle i poszła do małej klitki przypominającej łazienkę. Zwinnymi ruchami, przebrała się z siwej piżamy uszytej przez jej mamę w koszulkę i długie spodnie. Następnie spojrzała przed siebie na pokryte rdzą lustro. Jak za każdym razem, próbowała dostrzec coś z czego byłaby zadowolona w swoim wyglądzie. Jednakże wszystkie starania jak zwykle szły na marne. Nie widziała tego piękna, którym została obdarzona jej rodzina. Była tam tylko poważna nastolatka, obdarta z miłości do ludzkości. Denerwowały ją jej włosy, beznamiętne, szare oczy, wychudzona od głodu twarz, duże usta. Nie wywoływało to u niej żadnych kompleksów jak u reszty dziewcząt, które często wytykały ją palcami, gdyż nie była tak kobieca jak one. Wystarczała jej swa zaradność, której przygłupawym krowom - jak sama je nazywała - brakowało.
   Znużona, wyszła z małego pomieszczenia pozostawiając na zniszczonej półce, nocne odzienie. Nie zwracając na nic więcej uwagi, wymknęła się po cichu z domu, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. Dzień zapowiadał się dobrze. Słońce, budzące się do życia przyjemnie ogrzewało bladą twarz młodej Besidwasio. Bezchmurne niebo onieśmielało swym błękitem. W pobliżu nie było ani żywej duszy. Dziewczyna chciała, aby uśpienie strefy Robotników trwało wiecznie. Rodzime ziemie pogrążone w ciszy i spokoju były ukojeniem dla jej umysłu. Chłodny, poranny wiatr rozwiewał jej śnieżno-białe włosy we wszystkie strony. Pomimo urokliwych widoków, to miejsce było przepełnione plugawością zmarnowanych ludzi, podejmujących się każdej roboty, aby tylko dostać nędzną ilość jedzenia czy innych łupów. Im cięższa była praca do wykonania, tym większa nagroda. Jednakże odważnych było tu mało. Najlepsze zlecenia zazwyczaj polegały na kradzieży różnych przedmiotów od wpływowych ludzi, za co groziło - w najgorszym wypadku - wygnanie. Uważano to za najsurowszy wymiar kary. Gorszy nawet od śmierci. Zazwyczaj to Oriabi przyjmowała te najtrudniejsze zadania, aby zapewnić swej rodzinie jakikolwiek byt. Dokładnie wiedziała co się z nią stanie, gdy zostanie przyłapana, lecz nie dbała o to. Nie dbała o siebie. Jedynie chciała, aby brzuszek jej młodszej siostry zawsze był napełniony. Często, w tajemnicy przed wszystkimi, oddawała jej swe dzienne porcje.
   To ten dzień. Ten cholerny, zatęchły dzień.
  Zdenerwowana, zacisnęła pięści i ruszyła przed siebie wytartą ścieżką. Kroczyła szybkim, lecz opanowanym krokiem wśród wielu małych domostw. Czujnie obserwowała czy nikt jej nie widzi. Miejsce, w które się udawała, było znane zaledwie kilkunastu osobom z całej strefy. Nic nie było tam ważniejsze od bezpieczeństwa kryjówki. Każdy podejrzany o zdradę, ginął w "tajemniczych okolicznościach". Nieszczęśnicy umierali najbardziej haniebną śmiercią - śmiercią Zafir. Ciała oddzielone od głowy były ostrzeżeniem dla każdego śmiałka przyjmującego zlecenia, który choćby przez sekundę pomyślał o ujawnieniu "zbrodniarzy" łamiących prawo Montany.
  Droga od domu Oriabi do Oazy - miejsca zleceń - nie była długa. Dzieliło ją zaledwie kilka domków. Stanąwszy przed niewyróżniającą się chatą, białowłosa zapukała delikatnie w spróchniałe drzwi. Kilka sekund później, otworzyła je zgarbiona staruszka, owinięta czarną płachtą.
   – Czego tu szukasz, drogie dziecko? – Zapytała uważnie obserwując okolicę.
 Dziewczyna stała nieruchomo z grobową miną. Wyraźnie nie miała zamiaru odpowiedzieć uprzejmej kobiecie.
   – Jestem dla ciebie za dobra. – Westchnęła wciągając nastolatkę do środka.
  Wnętrze było udekorowane skromnie. Stare, drewniane meble, ledwo trzymały się razem. Brudne okna przykryte były pożółkłymi zasłonami z wyżartymi gdzieniegdzie dziurami przez mole. W powietrzu unosił się zapach zgnilizny, który był nie do zniesienia. Stęchlizna wrzynała się w nozdrza gościa, dusząc go. Babka nie dbała o to miejsce, tak samo jak o warunki swego - i tak już nędznego - życia. Wyglądała niegroźnie. Ubrana w łachmany jak bezdomny. Siwe, nierozczesane włosy, sięgały jej do ramion, czasem przysłaniając pomarszczoną twarz. Brązowe oczy promieniały życzliwością, lecz tylko na pozór.
  – Nie potrzebnie dziś przychodziłaś. Nie mam nic dla ciebie. – Burknęła zmieniając się z miłej babuni w przywódcę Oazy.
   – Zawsze coś dla mnie masz.
  – Nie tym razem. Może w przyszłym miesiącu. – Usiadła na zapadniętym fotelu, który przykryty był piaskowym kocem.
  Wszystkich przyprawiał on o mdłości. Odstraszał nie tylko swym wyglądem, lecz również zapachem wymiocin, potu oraz moczu. Z nikomu niewiadomych powodów, był on jedyną rzeczą, która wprawiała starą prukwę - tak nazywały ją okoliczne dzieciaki - w radość.
  – Idź już sobie – warknęła.
  Nastolatka stała w bezruchu w tym samym miejscu, dokładnie przyglądając się starszej kobiecie.
 – Jest jedno zlecenie, ale jest zbyt niebezpieczne, abyś się go podjęła. – Sapnęła sfrustrowana przenikliwym wzrokiem białowłosej.
  – Jestem najlepszym wykonawcą jakiego posiadasz. Jeżeli ja tego nie zrobię, to nikt inny również.
 – Masz rodzinę dzieciaku. Powinnaś się cieszyć, że pozwoliłam ci dołączyć do Oazy. –Odpowiedziała oburzona.
  – Marnie... – powiedziała do staruszki.
  Marnie Cerl. Dziwaczka błąkająca się po tym świecie w samotności. Bez rodziny, bez przyjaciół. Podobnie do Oriabi, była apatyczna. Przynajmniej stwarzała takie pozory. Starała się nie przywiązywać do ludzi, co wychodziło jej całkiem dobrze. Wyjątkiem była młoda Besidwasio. Staruszka widziała w izolującej się dziewczynie marnujący się potencjał, który wykorzystywała w niecny sposób. Obserwowała ją, gdy ta miała zaledwie trzynaście lat. Dokładnie znała sytuację jej rodziny. Zaharowujący się rodzice nie spędzali za wiele czasu ze swymi pociechami. Wciągnięcie niewinnej i całkowicie bezbronnej - wtedy - dziewczynki nie było szczególnym wyzwaniem dla takiej osoby jak Marnie. Przyciągała do siebie ludzi jak światło ćmy. Wabiła tych "wyjątkowych" i wprowadzała ich do brutalnego świata Oazy - małej organizacji rebeliantów starających się obalić niefortunnie dobraną, despotyczną władzę. Członkowie tak zwanego "ukojenia" sprzeciwiali się wszystkiemu co rządzący Montaną czynili. Wyjątkowość nastolatki polegała na jej obojętności. Nie interesowały ją pobudki reszty członków czy cel do jakiego dążyli. Jedynie przyjmowała zlecenia i skutecznie je wykonywała.
  – Niech cię szlag. – Cerl zacisnęła pięści. – Powierzę ci te zlecenie, ale w razie problemów, nikt ci nie pomoże. Będziesz zdana wyłącznie na samą siebie. – Ostrzegła skupioną nastolatkę.
  – To żadna nowość. Powiedz mi w końcu co mam zrobić. – Odpowiedziała zniecierpliwiona.
  Brązowe oczy staruszki, które jako jedyne z całego ciała się nie zestarzały, wodziły zaniepokojonym wzrokiem po zakurzonych ścianach. Przy każdym spotkaniu, Oriabi precyzyjnie się im przyglądała. Wyobrażała sobie powabność Marnie w czasach jej młodości. Delikatna, urokliwa kobieta, wabiąca zwyrodniałych mężczyzn, wyobrażających sobie wiele zbereźnych scen erotycznych z nią w roli głównej. Nie zabawiała się z nimi, jedynie ich podniecała. Doprowadzała do szaleństwa. Zabawa bez konsekwencji.
  Powoli się podniosła i podeszła do małego stolika przykrytego własnoręcznie wydzierganą, białą serwetą. Oparła się na nim przepracowanymi rękoma. Jej radosna twarz była zasłonięta poważnym wyrazem, który ani trochę nie pasował do osobowości staruszki. Wpędzał ją w opętany cień obślizgłej i niemoralnej rzeczywistości.
  – Musisz okraść Hedwig Rabk z akt. – Wydusiła patrząc Oriabi prosto w oczy.
 Zaskoczona dziewczyna zmarszczyła brwi. Nie sądziła, że członkowie Oazy podejmują się tak ryzykownych zadań. Obrabowanie prezydenta Montany było wręcz niemożliwe. Strażnicy czaili się w każdym kącie ogromnej fortecy.
  Nikt nie będzie podejrzewał bezbronnej i wygłodniałej siedemnastolatki. 
  – Jak wyglądają te akta i gdzie się znajdują? – Zapytała wprost.
 – Czarna teczka z białym paskiem po środku. Hedwig trzyma ją u siebie w gabinecie.
  Oriabi kiwnęła potakująco głową i odwróciła się w stronę wyjścia.
  – Mała - zatrzymała ją staruszka. – Uważaj na siebie. Masz do kogo wrócić. Nie zapominaj o tym.
  Białowłosa nic nie odpowiedziała. Nie obchodziły ją uczucia, którymi obdarowywała ją Marnie. Nie dbała o jej uprzejmą troskę. Równie dobrze mogła zastać ją uśmierconą i gnijącą w tym cuchnącym fotelu. Nie była nawet pewna czy stanęłaby w jej obronie. Kobieta była tylko pracodawcą. Niczym więcej, niczym mniej.
  Posyłając ostatnie spojrzenie, wyszła. Strefa zaczęła już tętnić ponurym życiem, brudnych mieszkańców. Chłodne spojrzenia mężczyzn i kobiet maszerujących do pracy, spoczywały na niej przez kilka sekund. Pomimo powtarzania tego cyklu przez kilka lat, wciąż nie mogła do tego przywyknąć. Kradzież była dla niej znacznie łatwiejsza niż odgonienie wścibskich oczu. Mierzono ją często z góry na dół, oceniając. Traktowana jak obraz powieszony na jednej z białych ścian wielkiego domostwa zamożnej rodziny. Zwiedzano i interpretowano jej urodę, charakter, pożycie rodzinne. Wytykano wady, nakazywano odnowienie nie patrząc na stan psychiczny poniszczonego dzieła stworzonego przez wybredną, lecz z wyjątkowym poczuciem humoru, matkę naturę. Ten mistyczny pokaz nie miał końca. Dłużył się godzinami, dniami, latami.
  Po przejściu kilku metrów, schroniła się w swym domu, w którym panowała podejrzana cisza. Zazwyczaj już od samego progu witała ją rozpromieniona Hathor. Wtulała się w nią jak w miękką poduszkę do snu.
  – Nie rozczulaj się tak. – Odpowiadała Oriabi.
  Kochała swą siostrę, lecz nigdy jej tego nie okazywała. Nie czuła takiej potrzeby.
 Tym razem nikt do niej nie podszedł. Nikt nie przywitał, krzycząc z innego pomieszczenia. Zaniepokojona, ruszyła wolnym krokiem przez krótki korytarz do wnętrza chaty. Przy stole jadalnianym siedziała cała jej rodzina. Nerwowo spoglądali to na siebie, to na nią.
  – Co się dzieje? – Zapytała.
 Nikt jej nie odpowiedział. Nikt nawet nie próbował. Coraz bardziej sfrustrowana nietypową sytuacją, nastolatka zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Wszystko wokół było spokojne. Zbyt spokojne. Nawet nigdy nie dająca się złapać mucha, nie bzyczała.
  – Oriabi Besidwasio. Lat siedemnaście. Strefa Robotników.
 Za jej plecami odezwał się przyjemny, kobiecy głos. Łagodny jak latający podczas upalnego lata motyl o tysiącu barw, lecz nadal groźny.
 Dziewczyna nie odezwała się. Stała nieruchomo czekając na kolejne słowa nieznajomego przybysza.
  – Obiekt zaakceptowany.
  – Obiekt? – Oburzona, odwróciła się na pięcie.
 Tuż przed nią stała kobieta średniego wzrostu i o smukłej, atrakcyjnej figurze. Ubrana w czarny kostium z kapturem na głowie, spod którego wystawały długie, falowane, soczyście rude włosy. Twarz była zakryta białą maską z malunkiem czarnych ust. Jedyne co odkrywała, to mocno zielone oczy, które idealnie komponowały się z dobrze ułożoną czupryną. W prawej ręce trzymała dziwnie wyglądający miecz z rękojeścią aż do samego łokcia.
  Dowiedziała się o Oazie. Pewnie przyszła wymierzyć mi karę. Cholerny Anioł Kresu. 
  – Idziesz ze mną. – Rozkazała kobieta.
 Oriabi kiwnęła przecząco głową. Nie miała zamiaru nigdzie się wybierać z człowiekiem niosącym ze sobą wyłącznie śmierć. Nie zamierzała zginąć na wygnaniu, z rąk plugawych Zafir. Nie myśląc zbyt wiele, rzuciła się na spokojnie stojącego Anioła Kresu z pięściami. Jej atak został szybko i sprawnie unieszkodliwiony. Ruda nie puszczała wykręconej ręki białowłosej, która się szarpała, lecz na marne. Pomimo wolnej drugiej ręki, była bezsilna. Po krótkiej chwili poczuła jak kobieta wbija w jej delikatną szyję, igłę, którą wpuszcza do organizmu natychmiastowo działającą substancję. Sen i znużenie dopadły ją. Nie mogąc się dłużej bronić, opadła bezwładnie na ziemię, raniąc przy tym bok mieczem Anioła Kresu.


   

poniedziałek, 21 marca 2016

00.Prolog.

   Obudziła się, słysząc jedynie głośne dudnienie, które przyprawiało ją o większy ból głowy. Jej smukłe, nastoletnie ciało ociekało zimnym potem. Dłonie drżały z wysiłku. Jasne światło raziło ją nawet przez zamknięte powieki. Otwierając je powoli, oczekiwała na ujrzenie znajomych twarzy nad sobą, lecz był tam tylko przesadnie czysty. biały sufit. Wspierając się na rękach, usiadła. Zmrużyła swe szare oczy, które nijak wyglądały w połączeniu z długimi włosami w kolorze śniegu. Większość ludzi była zachwycona ich unikatową barwą. Wychwalano je i mianowano wyjątkowymi. Jedynie właścicielka wypłowiałych kudłów - jak sama je nazywała - nie znosiła ich. Wyróżniały ją spośród całej społeczności, w której żyła, a bycie w centrum uwagi nie należało do jej zachcianek. Nie obchodziło ją zdanie innych na swój temat. Sama również nie dyskutowała o mieszkańcach obszernego państwa Montana. Wolała spokojnie funkcjonować w cieniu, nie przykuwając niczyjej uwagi. Drażnili ją ludzie próbujący nawiązać z nią jakikolwiek kontakt, i tak ostatecznie spławiała ich chamskimi odpowiedziami. W zamian dostawała spojrzenia pełne oburzenia oraz narastającej pogardy. Jednakże w odróżnieniu od innych, była na to obojętna, tak samo jak na uczucia, otaczający ją świat, cierpienie  czy nawet śmierć. Obchodziła ją tylko jej własna rodzina składająca się z matki Avy, ojca Meibilia, starszego brata Towena oraz młodszej siostry Hathor. Chociaż jak na apatyczną osobę przystało, nawet im nie okazywała w pełni należytych uczuć.
 Niepewna miejsca swego pobytu, rozejrzała się wokół. Była zamknięta w wysterylizowanym pomieszczeniu bez żadnych mebli, okien, drzwi czy chociażby lamp, które rozjaśniałyby tajemniczą komorę. Siedziała rozkojarzona na chłodnej podłodze z niedającą o sobie zapomnieć migreną. Po raz kolejny przyjrzała się idealnie pustym ścianom. Wiedziała, że gdzieś w tej celi musiało być jakieś sprytnie ukryte wyjście. Jej głównym celem stało się jak najszybsze odnalezienie drogi ucieczki.
   Cholera. Będę musiała przeczesać każdy centymetr tej zasranej puszki, pomyślała.
  Z gniewem wypisanym na twarzy, zebrała wszystkie pokłady sił jakie w sobie miała i dźwignęła się na nogi. Zabrało jej to znacznie więcej energii niż przypuszczała. Zmęczona, oparła swe ręce na biodrach i poczuła wyraźne szczypanie w prawym boku. Spojrzała w stronę prawdopodobnej rany. Zmarszczyła brwi. Następnie złapała za dolną część brudnej, siwej koszulki i podwinęła ją aż pod sam biust. Tak jak myślała, pieczenie pochodziło od dość głębokiego cięcia, z którego powoli sączyła się czerwona krew.
   Jeszcze tego mi brakowało... 
   Z poirytowaniem przewróciła oczami. Wzdychając opuściła materiał na dół.
   Jak ja tu w ogóle trafiłam? 
 Szukając jakichkolwiek wskazówek, spojrzała na miejsce, w którym się obudziła. Dostrzegła delikatnie narysowany wzór. Zaintrygowana, kucnęła tuż przed trzema prostymi kreskami ułożonymi na kształt litery "s". Ostrożnie wyciągnęła przed siebie dłoń i musnęła tajemniczy znak.
   Runa śmierci? To nie ma żadnego sensu. 
  Skrzywiła się zdziwiona. Dokładnie wiedziała kto używał tej runy jako jedyny w całym państwie.
   Po co Anioły Kresu miałyby mnie porywać? 
  Sfrustrowana z powrotem usiadła i zaczęła rozmyślać o najniebezpieczniejszej, a zarazem najskuteczniejszej organizacji jaka istniała w Montanie. Anioły Kresu - wyszkoleni mordercy chroniący ludzkość przed mistycznymi stworzeniami poczynając od zwykłych szablaków, a kończąc na najgroźniejszych istotach jakie mógł tylko stworzyć ten świat - Zafiry. Potwory w ludzkiej skórze. Charakteryzowały się białymi, bez żadnego wyrazu oczami oraz wystającymi, czarnymi żyłami na twarzy. Te bardziej doświadczone potrafiły ukrywać swą tożsamość, jednakże tylko przed nieświadomymi ludźmi, którzy wręcz ociekali głupotą. Przed Aniołami Kresu niczego nie dało się zataić. Zawsze wiedzieli gdzie kryje się morderczy Zafir pochłaniający z ludzi życiową energię - lub jak inni mawiali - duszę. Zabijali go szybko, skutecznie i bez żadnych skrupułów. Uważano ich za bohaterów, bez których ludzka rasa szybko by wyginęła. Mimo licznych pochwał i wiwatów, rzadko pokazywali się publicznie. Ubrani w czarne peleryny z kapturami na głowach, czarne kostiumy oraz przeróżne maski na twarzach, ukrywali swe prawdziwe oblicze. Ich niezrównoważeni fani dokładnie obserwowali wszelkie poczynania wspaniałych Aniołów Kresu. Robili notatki, próbowali śledzić, starali się odgadnąć kto chowa się za maską. Mimo ogromnego wysiłku, wszystko szło na marne. "Bohaterzy" naszego świata byli zbyt sprytni i szybcy.
  Siedząc zamyślona, uświadomiła sobie, że nic nie pamięta z poprzedniej doby. W jej głowie tkwiła jedna, wielka, czarna pustka, którą na siłę próbowała zapełnić doszukując się jakichkolwiek obrazów w odmętach swego umysłu. Mimo iż panikowanie nie leżało w jej naturze, wyraźnie odczuwała wzrastający w niej stres.
  Fakty. Same fakty. Nazywam się Oriabi Besidwasio. Mam siedemnaście lat. Mieszkam w państwie Montana w strefie Robotników. Znajduję się w szczelnie zamkniętej komorze. Zostałam porwana przez Anioły Kresu. Na ciele mam głęboką ranę oraz wiele siniaków. Stoczyłam walkę. Nie pamiętam całej doby. 
  Powtórzenie faktów zaczęło ją uspokajać. Wiedziała, że musi kierować się wyłącznie zdrowym rozsądkiem, aby wyjść cało z tej sytuacji. Jednakże uniemożliwiała jej to wciąż krwawiąca rana, która wymagała szybkiego opatrzenia. Z każdą minutą Oriabi odczuwała ją coraz bardziej. Przed jej oczyma pojawiły się czarne mroczki, a zimne poty wzmogły się o dodatkowe dreszcze. Krótkie minuty zaczęły dłużyć się w nieskończoność. Dygoczącą dłonią ucisnęła bolesną ranę. Zimno swym płaszczem coraz bardziej okrywało jej przechodzące w sine barwy ciało. Wytężenie swego umysłu było dla niej teraz niemal niemożliwe. Całą swą uwagę skupiała na zbliżającej się wielkimi krokami hipotermii.
   Nie bez powodu mnie porwali. Nie mogą więc dopuścić do mojej śmierci. W końcu ktoś przyjdzie. Muszę tylko pozostać przytomna. 
   Znużona wnioskowała. Pragnęła położyć się na plecach, zamknąć powieki i odpłynąć w błogi sen. Jednakże chęć przeżycia była znacznie silniejsza. Siedziała twardo co chwile przemierzając wzrokiem zimno-głuche pomieszczenie. Oddech nie przychodził jej już z taką łatwością jak wcześniej. Teraz był ciężki i chrapliwy. Brzmiał niczym nic nie warty pijaczyna topiący swe żale i smutki w najgorszym ścierwie zakupionym od chciwych handlarzy ze świecącymi oczami na widok pieniędzy. Zwykłe pomioty, którymi Oriabi gardziła bardziej niż zepsutymi dzieciakami z bogatych domów z najlepszej strefy w całym państwie, czyli Myślicieli. Wśród nich byli głównie nauczyciele, buraki udające "polityków" oraz nikczemni doradcy prezydenta. Pławili się w wszelkiego rodzaju luksusach, na które resztę mieszkańców Montany nie było stać. Każdy kto zamieszkiwał tę strefę był uważany za elitarną osobistość, z którą warto mieć dobry kontakt, chociażby po to, aby wykorzystywać go dla godnego życia.  Drugą pod względem dobrobytu strefą była strefa Stylistów. Każdy stamtąd uchodził za zadufanego świra z niedorzecznie wybujałą wyobraźnią. Obecna prezydent, Hedwig Rabk, osobiście uwielbiała mieszkańców tej części małego świata zwanego państwem. W szczególności projektantów i szwaczy, którzy tworzyli dla niej i jej męża wraz z dwiema córkami rozmaite i zarazem dziwaczne stroje. Oriabi miała tą "przyjemność" często bywać w wielkim domostwie pani prezydent, gdyż jej matka była najlepszą w Montanie projektantką. Ava uważała, że bliskie kontakty z prezydenckimi córami w przyszłości przyniosą wiele korzyści jej nastoletniej pociesze. Tymczasem biała piękność - tak była nazywana przez spadkobierczynie dorobku Hedwig - nie cierpiała przebywać tam wśród obrzydliwie wyidealizowanych ludzi. Robiła wszystko, aby tylko uniknąć konfrontacji z przepiękną nastolatką Lakrysą oraz dorastającą  w wieku Hathor - Anishą. Ich poprawność w każdym calu mocno irytowała młodą Besidwasio, która wyczekiwała do swych osiemnastych urodzin, podczas których zostanie przydzielona najbardziej pasująca do jej umiejętności praca i nie będzie musiała dłużej chadzać do prezydenckiej rezydencji.
   Nie za bogatą, ale również nie za biedną strefą była strefa Uzdrowicieli. Nie byli oni ani popularni ani zbytnio ciekawi, aby mieszkańcy plotkowali o ich monotonnym życiu. Zatem najbiedniejszą, najbrudniejszą i najgorszą strefą była ta zamieszkiwana przez rodzinę Oriabi. Miejsce, którego wszyscy się wystrzegali. Omijane szerokim łukiem przez ludzi z wielkimi ambicjami, którzy ostatecznie i tak kończyli w tej zatęchłej dziurze. Tu ludzie pracowali od świtu do nocy, aby tylko mieć za co wykarmić dzieci, które pomimo obdartych i brudnych ubrań, biegały wokół domostw, bawiąc się i śmiejąc. Każdy nastolatek z większymi umiejętnościami łapał pierwszą lepszą okazję do ucieczki z ziem, w których uczyło się jedynie przemocy i ginęło śmiercią nie godną nawet psa. Wielu ta rzeczywistość przytłaczała, ale nie Oriabi, która jako jedna z niewielu nie karmiła się złudną nadzieją polepszenia swego losu.
   Po długim i żmudnym wypatrywaniu najmniejszego ruchu w zamkniętej komorze, Oriabi padła wyczerpana. Przez sine palce u jej prawej ręki przepływała krew z rany, a na twarzy pozostał jedynie obojętny wyraz martwej nastolatki.