Łapczywie łapiąc powietrze, podniosła się do pozycji siedzącej. Dyszała, zmęczona nagłymi wspomnieniami. Dłonie oparte na ziemi drżały niczym u starszej osoby będącej o krok od zakończenia swego żywota. Oczy panicznie przeglądały dobrze już im znane pomieszczenie. Zdezorientowana nastolatka, szybkim ruchem sprawdziła głęboką ranę w boku. Przegryzła wargę ze złości. Cięcie było precyzyjnie zszyte. Rozczarowana, opuściła idealnie białą koszulkę na dół. Dopiero wtedy spostrzegła, że została ubrana w świeżą odzież w tym samym kolorze. Frustracja wzrastała w niej z każdą chwilą.
– Czego ode mnie chcecie do cholery?! – Wstała w przypływie gniewu. – Nic nie mam! Nic! Mieszkam w najgorszej strefie w całym państwie. Nie posiadam niczego co by było dla was użyteczne – wytarła ślinę z ust.
W cichej komnacie nawet echo nie śmiało się odezwać. Oriabi zaczerpnęła kilka głębszych oddechów.
– W porządku. Zaczekam – sapnęła.
Opanowując na powrót swe emocje, cofała się aż jej ciało zetknęło się z chłodną ścianą. Oparła się na niej plecami i zjechała z powrotem do pozycji siedzącej. Zgięła nogi w kolanach, na których położyła swe ręce. Zmęczonym wzrokiem wpatrywała się w pustkę. Nie przejmowała się więcej wolno mijającym czasem czy powodem, dla którego znajdowała się w siedzibie Aniołów Kresu. Żadne uczucia już nad nią nie górowały. Jak zwykle była obojętna na otaczający ją świat. Mogła zarówno przeżyć jak i umrzeć. Robiła więc jedyne co mogła. Czekała.
– Czego ode mnie chcecie do cholery?! – Wstała w przypływie gniewu. – Nic nie mam! Nic! Mieszkam w najgorszej strefie w całym państwie. Nie posiadam niczego co by było dla was użyteczne – wytarła ślinę z ust.
W cichej komnacie nawet echo nie śmiało się odezwać. Oriabi zaczerpnęła kilka głębszych oddechów.
– W porządku. Zaczekam – sapnęła.
Opanowując na powrót swe emocje, cofała się aż jej ciało zetknęło się z chłodną ścianą. Oparła się na niej plecami i zjechała z powrotem do pozycji siedzącej. Zgięła nogi w kolanach, na których położyła swe ręce. Zmęczonym wzrokiem wpatrywała się w pustkę. Nie przejmowała się więcej wolno mijającym czasem czy powodem, dla którego znajdowała się w siedzibie Aniołów Kresu. Żadne uczucia już nad nią nie górowały. Jak zwykle była obojętna na otaczający ją świat. Mogła zarówno przeżyć jak i umrzeć. Robiła więc jedyne co mogła. Czekała.
***
Minęło dwadzieścia dni od uwięzienia Oriabi. Z nudów nastolatka każdego dnia robiła jedno zadrapanie na przedramieniu. W taki sposób odliczała dni spędzone w kwadratowym pomieszczeniu. Dwa razy w ciągu dnia dostawała skromne pożywienie składające się z bułki, ogórka bądź pomidora, miskę z wodą i plastikowe pudło jako toaletę. Przychodziło to tylko wtedy, gdy zapadała w głęboki sen. Nigdy podczas jej aktywności. Kilka razy próbowała "oszukać" Aniołów Kresu, udając, że śpi, lecz na marne.
Muszą monitorować mój mózg.
Mimo wielu niewiadomych oraz frustracji, białowłosa nie miała myśli samobójczych. Nie wiedziała czy kiedykolwiek uda jej się wydostać. Czy kiedykolwiek zobaczy coś innego niż puste, białe ściany.
Może to jest lepsze od codziennej rzezi. Spokój.
Powoli zaczęła się przekonywać, że zamknięcie jej jest bardziej czymś dobrym niż złym. Tu mogła żyć w ciszy. Nie musiała przyjmować misji, z których wynagrodzenie starczało ledwie na zakup jedzenia.
Co będzie z Hathor? Cholera! Nie mogę jej samej zostawić.
Każdego dnia się nad tym zastanawiała. Nad swoją rodziną. Jak sobie radzą? Czy tęsknią? Może jej szukają.
Nie powinni. To niebezpieczne.
– Oriabi Besidwasio.
Znajomy głos wyrwał białowłosą z rozmyślań. Odruchowo uniosła głowę i utkwiła wzrok w drobnej postaci stojącej przed nią. Płomieniście rude loki idealnie okalały twarz przykrytą białą maską z czarnymi ustami. Kobieta wpatrywała się w nią spokojnym wzrokiem.
– Pozytywnie przeszłaś inicjację.
– Kiedy mnie wypuścicie? – Zapytała bez wahania.
Wiedziała jak potężne są Anioły Kresu, jednakże mimo to, nie czuła przed nimi respektu.
– Nie powinno mnie tu być. Mamy zaledwie kilka minut na poznanie się. Wykorzystajmy je jak najlepiej.
Jej oczy promieniały radością. Delikatnymi, jasnymi dłońmi dotknęła krawędzi maski, po czym ostrożnie ją ściągnęła. Dziecięca, radosna twarz uśmiechała się do poważnej, wychudzonej siedemnastolatki.
– Nazywam się Freya Ryon. Mam dwadzieścia siedem lat i jestem twoim opiekunem. – Odsłoniła rząd lśniąco białych zębów.
– I co w związku z tym? Mam Ci się kłaniać, bo jesteś Aniołem Kresu?
– Tak jak myślałam. Masz niewyparzony język. To może być problem – podrapała się sfrustrowana po głowie. – Cóż, nie przejmujmy się tym na razie. Chodź, oprowadzę Cię po ośrodku.
Okazja do ucieczki.
Podniosła się ociężale z obojętną miną. Ruda odwróciła się do niej plecami. Machnęła ręką w prawą stronę, jakby od niechcenia. Ze ściany wyłonił się kształt drzwi, które płynnie się rozsunęły. Nie czekając na reakcję dziewczyny, przekroczyła próg. Ona tylko stała wpatrzona w płomień znikający w świetle. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Cała zastygła.
No dalej. Rusz się.
Myśli kłóciły się z nieustępliwym ciałem. Po tak długim czasie, nareszcie miała szansę wydostać się z jednolitej klatki. Tymczasem jej ciało protestowało całym sobą. Nie słuchało swej właścicielki.
Co jest do cholery? Zrób ten pieprzony krok.
Krzyczała na samą siebie. Nie rozumiała co się dzieje. Nie bała się tego co ją czeka. Nie była przerażona wizją własnej śmierci. Dlaczego więc nie mogła się ruszyć?
– Chodź, nie bój się.
– Po co? Co jest twoim celem?
Cisza. Tak jak się tego spodziewała, odpowiedziało jej echo złudnej ciszy. Zamknęła powoli swe powieki i z powrotem usiadła. Nie zamierzała nigdzie wychodzić. Nawet jeśli był cień szansy na powrót do starego domostwa. Nie chciała opuszczać bezpiecznej strefy. Nie bez odpowiedzi.
– Nie jesteś ani trochę ciekawa tego co znajduję się za tym pomieszczeniem? Spędziłaś tu dwadzieścia dni w zamknięciu. Powinnaś wykopywać dziurę paznokciami, aby tylko się uwolnić. A ty nie chcesz nawet wyjść, gdy otwieram ci drzwi?
– Co jest twoim celem? – otworzyła na powrót oczy.
Zaskoczona twarz Anioła Kresu wyłaniała się ze światła. Frustracja wryła się w jej zielone tęczówki.
– Mam cię oprowadzić po...
– Mówię o prawdziwym celu – przerwała.
Ruda przełknęła ślinę. Łzy powoli zachodziły jej wrażliwe oczy. Delikatność okalała ją niczym niewidzialna powłoka. Przerażające wieści złamały nawet tak bezlitosną jednostkę.
– Jeśli ci powiem... Nie zniesiesz tego – uciekła wzrokiem w podłogę.
– W tym świecie nie ma czegoś takiego – odparła niewzruszona.
– W porządku – na bladej twarzy zagościł współczujący uśmiech.
Freya biła się z myślami. Mimo wszystko, nie chciała wyjawiać powodu przetrzymywania młodej Besidwasio. Uważała to za zbyt okrutne jak dla niewinnej, siedemnastoletniej dziewczyny. Chciała ją oszczędzić, lecz rozkaz był rozkazem. Musiała go wypełnić nawet za cenę swego życia.
– Oriabi Besidwasio – weszła do środka przybierając poważną postawę – po kilkuletniej obserwacji i dwudziestodniowym zamknięciu, podjęto decyzję o bezdyskusyjnym i natychmiastowym wytrenowaniu cię na strażnika pokoju zapieczętowanego państwa Montana. Od dnia dzisiejszego jesteś podlegającym mi Aniołem Kresu. Wszelki opór zostanie zgaszony zabiciem jednego członka twej rodziny. Zabrania ci się opuszczania ośrodka AK oraz kontaktowania się z mieszkańcami. Każde nieposłuszeństwo zostanie surowo ukarane.
Źrenice białowłosej powiększyły się dwukrotnie.
Aniołem... Kresu? Zabicie członka rodziny?
Nieoczekiwane informacje uderzyły w nią niczym huragan. Drżące dłonie zacisnęła w pięści. Oddech był nierówny.
– Wyjdź, gdy będziesz gotowa – odeszła zasmucona.
Ja... Jak? Dlaczego?
Wściekła używając całej swej siły, uderzyła pięściami w podłogę. Z gardła wydarł się nieludzki wrzask pełen agresji i żalu. Z rozchylonych ust kapała ślina.
Anioł Kresu...
Muszą monitorować mój mózg.
Mimo wielu niewiadomych oraz frustracji, białowłosa nie miała myśli samobójczych. Nie wiedziała czy kiedykolwiek uda jej się wydostać. Czy kiedykolwiek zobaczy coś innego niż puste, białe ściany.
Może to jest lepsze od codziennej rzezi. Spokój.
Powoli zaczęła się przekonywać, że zamknięcie jej jest bardziej czymś dobrym niż złym. Tu mogła żyć w ciszy. Nie musiała przyjmować misji, z których wynagrodzenie starczało ledwie na zakup jedzenia.
Co będzie z Hathor? Cholera! Nie mogę jej samej zostawić.
Każdego dnia się nad tym zastanawiała. Nad swoją rodziną. Jak sobie radzą? Czy tęsknią? Może jej szukają.
Nie powinni. To niebezpieczne.
– Oriabi Besidwasio.
Znajomy głos wyrwał białowłosą z rozmyślań. Odruchowo uniosła głowę i utkwiła wzrok w drobnej postaci stojącej przed nią. Płomieniście rude loki idealnie okalały twarz przykrytą białą maską z czarnymi ustami. Kobieta wpatrywała się w nią spokojnym wzrokiem.
– Pozytywnie przeszłaś inicjację.
– Kiedy mnie wypuścicie? – Zapytała bez wahania.
Wiedziała jak potężne są Anioły Kresu, jednakże mimo to, nie czuła przed nimi respektu.
– Nie powinno mnie tu być. Mamy zaledwie kilka minut na poznanie się. Wykorzystajmy je jak najlepiej.
Jej oczy promieniały radością. Delikatnymi, jasnymi dłońmi dotknęła krawędzi maski, po czym ostrożnie ją ściągnęła. Dziecięca, radosna twarz uśmiechała się do poważnej, wychudzonej siedemnastolatki.
– Nazywam się Freya Ryon. Mam dwadzieścia siedem lat i jestem twoim opiekunem. – Odsłoniła rząd lśniąco białych zębów.
– I co w związku z tym? Mam Ci się kłaniać, bo jesteś Aniołem Kresu?
– Tak jak myślałam. Masz niewyparzony język. To może być problem – podrapała się sfrustrowana po głowie. – Cóż, nie przejmujmy się tym na razie. Chodź, oprowadzę Cię po ośrodku.
Okazja do ucieczki.
Podniosła się ociężale z obojętną miną. Ruda odwróciła się do niej plecami. Machnęła ręką w prawą stronę, jakby od niechcenia. Ze ściany wyłonił się kształt drzwi, które płynnie się rozsunęły. Nie czekając na reakcję dziewczyny, przekroczyła próg. Ona tylko stała wpatrzona w płomień znikający w świetle. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Cała zastygła.
No dalej. Rusz się.
Myśli kłóciły się z nieustępliwym ciałem. Po tak długim czasie, nareszcie miała szansę wydostać się z jednolitej klatki. Tymczasem jej ciało protestowało całym sobą. Nie słuchało swej właścicielki.
Co jest do cholery? Zrób ten pieprzony krok.
Krzyczała na samą siebie. Nie rozumiała co się dzieje. Nie bała się tego co ją czeka. Nie była przerażona wizją własnej śmierci. Dlaczego więc nie mogła się ruszyć?
– Chodź, nie bój się.
– Po co? Co jest twoim celem?
Cisza. Tak jak się tego spodziewała, odpowiedziało jej echo złudnej ciszy. Zamknęła powoli swe powieki i z powrotem usiadła. Nie zamierzała nigdzie wychodzić. Nawet jeśli był cień szansy na powrót do starego domostwa. Nie chciała opuszczać bezpiecznej strefy. Nie bez odpowiedzi.
– Nie jesteś ani trochę ciekawa tego co znajduję się za tym pomieszczeniem? Spędziłaś tu dwadzieścia dni w zamknięciu. Powinnaś wykopywać dziurę paznokciami, aby tylko się uwolnić. A ty nie chcesz nawet wyjść, gdy otwieram ci drzwi?
– Co jest twoim celem? – otworzyła na powrót oczy.
Zaskoczona twarz Anioła Kresu wyłaniała się ze światła. Frustracja wryła się w jej zielone tęczówki.
– Mam cię oprowadzić po...
– Mówię o prawdziwym celu – przerwała.
Ruda przełknęła ślinę. Łzy powoli zachodziły jej wrażliwe oczy. Delikatność okalała ją niczym niewidzialna powłoka. Przerażające wieści złamały nawet tak bezlitosną jednostkę.
– Jeśli ci powiem... Nie zniesiesz tego – uciekła wzrokiem w podłogę.
– W tym świecie nie ma czegoś takiego – odparła niewzruszona.
– W porządku – na bladej twarzy zagościł współczujący uśmiech.
Freya biła się z myślami. Mimo wszystko, nie chciała wyjawiać powodu przetrzymywania młodej Besidwasio. Uważała to za zbyt okrutne jak dla niewinnej, siedemnastoletniej dziewczyny. Chciała ją oszczędzić, lecz rozkaz był rozkazem. Musiała go wypełnić nawet za cenę swego życia.
– Oriabi Besidwasio – weszła do środka przybierając poważną postawę – po kilkuletniej obserwacji i dwudziestodniowym zamknięciu, podjęto decyzję o bezdyskusyjnym i natychmiastowym wytrenowaniu cię na strażnika pokoju zapieczętowanego państwa Montana. Od dnia dzisiejszego jesteś podlegającym mi Aniołem Kresu. Wszelki opór zostanie zgaszony zabiciem jednego członka twej rodziny. Zabrania ci się opuszczania ośrodka AK oraz kontaktowania się z mieszkańcami. Każde nieposłuszeństwo zostanie surowo ukarane.
Źrenice białowłosej powiększyły się dwukrotnie.
Aniołem... Kresu? Zabicie członka rodziny?
Nieoczekiwane informacje uderzyły w nią niczym huragan. Drżące dłonie zacisnęła w pięści. Oddech był nierówny.
– Wyjdź, gdy będziesz gotowa – odeszła zasmucona.
Ja... Jak? Dlaczego?
Wściekła używając całej swej siły, uderzyła pięściami w podłogę. Z gardła wydarł się nieludzki wrzask pełen agresji i żalu. Z rozchylonych ust kapała ślina.
Anioł Kresu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz