Obudziła się, słysząc jedynie głośne dudnienie, które przyprawiało ją o większy ból głowy. Jej smukłe, nastoletnie ciało ociekało zimnym potem. Dłonie drżały z wysiłku. Jasne światło raziło ją nawet przez zamknięte powieki. Otwierając je powoli, oczekiwała na ujrzenie znajomych twarzy nad sobą, lecz był tam tylko przesadnie czysty. biały sufit. Wspierając się na rękach, usiadła. Zmrużyła swe szare oczy, które nijak wyglądały w połączeniu z długimi włosami w kolorze śniegu. Większość ludzi była zachwycona ich unikatową barwą. Wychwalano je i mianowano wyjątkowymi. Jedynie właścicielka wypłowiałych kudłów - jak sama je nazywała - nie znosiła ich. Wyróżniały ją spośród całej społeczności, w której żyła, a bycie w centrum uwagi nie należało do jej zachcianek. Nie obchodziło ją zdanie innych na swój temat. Sama również nie dyskutowała o mieszkańcach obszernego państwa Montana. Wolała spokojnie funkcjonować w cieniu, nie przykuwając niczyjej uwagi. Drażnili ją ludzie próbujący nawiązać z nią jakikolwiek kontakt, i tak ostatecznie spławiała ich chamskimi odpowiedziami. W zamian dostawała spojrzenia pełne oburzenia oraz narastającej pogardy. Jednakże w odróżnieniu od innych, była na to obojętna, tak samo jak na uczucia, otaczający ją świat, cierpienie czy nawet śmierć. Obchodziła ją tylko jej własna rodzina składająca się z matki Avy, ojca Meibilia, starszego brata Towena oraz młodszej siostry Hathor. Chociaż jak na apatyczną osobę przystało, nawet im nie okazywała w pełni należytych uczuć.
Niepewna miejsca swego pobytu, rozejrzała się wokół. Była zamknięta w wysterylizowanym pomieszczeniu bez żadnych mebli, okien, drzwi czy chociażby lamp, które rozjaśniałyby tajemniczą komorę. Siedziała rozkojarzona na chłodnej podłodze z niedającą o sobie zapomnieć migreną. Po raz kolejny przyjrzała się idealnie pustym ścianom. Wiedziała, że gdzieś w tej celi musiało być jakieś sprytnie ukryte wyjście. Jej głównym celem stało się jak najszybsze odnalezienie drogi ucieczki.
Cholera. Będę musiała przeczesać każdy centymetr tej zasranej puszki, pomyślała.
Z gniewem wypisanym na twarzy, zebrała wszystkie pokłady sił jakie w sobie miała i dźwignęła się na nogi. Zabrało jej to znacznie więcej energii niż przypuszczała. Zmęczona, oparła swe ręce na biodrach i poczuła wyraźne szczypanie w prawym boku. Spojrzała w stronę prawdopodobnej rany. Zmarszczyła brwi. Następnie złapała za dolną część brudnej, siwej koszulki i podwinęła ją aż pod sam biust. Tak jak myślała, pieczenie pochodziło od dość głębokiego cięcia, z którego powoli sączyła się czerwona krew.
Jeszcze tego mi brakowało...
Z poirytowaniem przewróciła oczami. Wzdychając opuściła materiał na dół.
Jak ja tu w ogóle trafiłam?
Szukając jakichkolwiek wskazówek, spojrzała na miejsce, w którym się obudziła. Dostrzegła delikatnie narysowany wzór. Zaintrygowana, kucnęła tuż przed trzema prostymi kreskami ułożonymi na kształt litery "s". Ostrożnie wyciągnęła przed siebie dłoń i musnęła tajemniczy znak.
Runa śmierci? To nie ma żadnego sensu.
Skrzywiła się zdziwiona. Dokładnie wiedziała kto używał tej runy jako jedyny w całym państwie.
Po co Anioły Kresu miałyby mnie porywać?
Sfrustrowana z powrotem usiadła i zaczęła rozmyślać o najniebezpieczniejszej, a zarazem najskuteczniejszej organizacji jaka istniała w Montanie. Anioły Kresu - wyszkoleni mordercy chroniący ludzkość przed mistycznymi stworzeniami poczynając od zwykłych szablaków, a kończąc na najgroźniejszych istotach jakie mógł tylko stworzyć ten świat - Zafiry. Potwory w ludzkiej skórze. Charakteryzowały się białymi, bez żadnego wyrazu oczami oraz wystającymi, czarnymi żyłami na twarzy. Te bardziej doświadczone potrafiły ukrywać swą tożsamość, jednakże tylko przed nieświadomymi ludźmi, którzy wręcz ociekali głupotą. Przed Aniołami Kresu niczego nie dało się zataić. Zawsze wiedzieli gdzie kryje się morderczy Zafir pochłaniający z ludzi życiową energię - lub jak inni mawiali - duszę. Zabijali go szybko, skutecznie i bez żadnych skrupułów. Uważano ich za bohaterów, bez których ludzka rasa szybko by wyginęła. Mimo licznych pochwał i wiwatów, rzadko pokazywali się publicznie. Ubrani w czarne peleryny z kapturami na głowach, czarne kostiumy oraz przeróżne maski na twarzach, ukrywali swe prawdziwe oblicze. Ich niezrównoważeni fani dokładnie obserwowali wszelkie poczynania wspaniałych Aniołów Kresu. Robili notatki, próbowali śledzić, starali się odgadnąć kto chowa się za maską. Mimo ogromnego wysiłku, wszystko szło na marne. "Bohaterzy" naszego świata byli zbyt sprytni i szybcy.
Siedząc zamyślona, uświadomiła sobie, że nic nie pamięta z poprzedniej doby. W jej głowie tkwiła jedna, wielka, czarna pustka, którą na siłę próbowała zapełnić doszukując się jakichkolwiek obrazów w odmętach swego umysłu. Mimo iż panikowanie nie leżało w jej naturze, wyraźnie odczuwała wzrastający w niej stres.
Fakty. Same fakty. Nazywam się Oriabi Besidwasio. Mam siedemnaście lat. Mieszkam w państwie Montana w strefie Robotników. Znajduję się w szczelnie zamkniętej komorze. Zostałam porwana przez Anioły Kresu. Na ciele mam głęboką ranę oraz wiele siniaków. Stoczyłam walkę. Nie pamiętam całej doby.
Powtórzenie faktów zaczęło ją uspokajać. Wiedziała, że musi kierować się wyłącznie zdrowym rozsądkiem, aby wyjść cało z tej sytuacji. Jednakże uniemożliwiała jej to wciąż krwawiąca rana, która wymagała szybkiego opatrzenia. Z każdą minutą Oriabi odczuwała ją coraz bardziej. Przed jej oczyma pojawiły się czarne mroczki, a zimne poty wzmogły się o dodatkowe dreszcze. Krótkie minuty zaczęły dłużyć się w nieskończoność. Dygoczącą dłonią ucisnęła bolesną ranę. Zimno swym płaszczem coraz bardziej okrywało jej przechodzące w sine barwy ciało. Wytężenie swego umysłu było dla niej teraz niemal niemożliwe. Całą swą uwagę skupiała na zbliżającej się wielkimi krokami hipotermii.
Nie bez powodu mnie porwali. Nie mogą więc dopuścić do mojej śmierci. W końcu ktoś przyjdzie. Muszę tylko pozostać przytomna.
Znużona wnioskowała. Pragnęła położyć się na plecach, zamknąć powieki i odpłynąć w błogi sen. Jednakże chęć przeżycia była znacznie silniejsza. Siedziała twardo co chwile przemierzając wzrokiem zimno-głuche pomieszczenie. Oddech nie przychodził jej już z taką łatwością jak wcześniej. Teraz był ciężki i chrapliwy. Brzmiał niczym nic nie warty pijaczyna topiący swe żale i smutki w najgorszym ścierwie zakupionym od chciwych handlarzy ze świecącymi oczami na widok pieniędzy. Zwykłe pomioty, którymi Oriabi gardziła bardziej niż zepsutymi dzieciakami z bogatych domów z najlepszej strefy w całym państwie, czyli Myślicieli. Wśród nich byli głównie nauczyciele, buraki udające "polityków" oraz nikczemni doradcy prezydenta. Pławili się w wszelkiego rodzaju luksusach, na które resztę mieszkańców Montany nie było stać. Każdy kto zamieszkiwał tę strefę był uważany za elitarną osobistość, z którą warto mieć dobry kontakt, chociażby po to, aby wykorzystywać go dla godnego życia. Drugą pod względem dobrobytu strefą była strefa Stylistów. Każdy stamtąd uchodził za zadufanego świra z niedorzecznie wybujałą wyobraźnią. Obecna prezydent, Hedwig Rabk, osobiście uwielbiała mieszkańców tej części małego świata zwanego państwem. W szczególności projektantów i szwaczy, którzy tworzyli dla niej i jej męża wraz z dwiema córkami rozmaite i zarazem dziwaczne stroje. Oriabi miała tą "przyjemność" często bywać w wielkim domostwie pani prezydent, gdyż jej matka była najlepszą w Montanie projektantką. Ava uważała, że bliskie kontakty z prezydenckimi córami w przyszłości przyniosą wiele korzyści jej nastoletniej pociesze. Tymczasem biała piękność - tak była nazywana przez spadkobierczynie dorobku Hedwig - nie cierpiała przebywać tam wśród obrzydliwie wyidealizowanych ludzi. Robiła wszystko, aby tylko uniknąć konfrontacji z przepiękną nastolatką Lakrysą oraz dorastającą w wieku Hathor - Anishą. Ich poprawność w każdym calu mocno irytowała młodą Besidwasio, która wyczekiwała do swych osiemnastych urodzin, podczas których zostanie przydzielona najbardziej pasująca do jej umiejętności praca i nie będzie musiała dłużej chadzać do prezydenckiej rezydencji.
Nie za bogatą, ale również nie za biedną strefą była strefa Uzdrowicieli. Nie byli oni ani popularni ani zbytnio ciekawi, aby mieszkańcy plotkowali o ich monotonnym życiu. Zatem najbiedniejszą, najbrudniejszą i najgorszą strefą była ta zamieszkiwana przez rodzinę Oriabi. Miejsce, którego wszyscy się wystrzegali. Omijane szerokim łukiem przez ludzi z wielkimi ambicjami, którzy ostatecznie i tak kończyli w tej zatęchłej dziurze. Tu ludzie pracowali od świtu do nocy, aby tylko mieć za co wykarmić dzieci, które pomimo obdartych i brudnych ubrań, biegały wokół domostw, bawiąc się i śmiejąc. Każdy nastolatek z większymi umiejętnościami łapał pierwszą lepszą okazję do ucieczki z ziem, w których uczyło się jedynie przemocy i ginęło śmiercią nie godną nawet psa. Wielu ta rzeczywistość przytłaczała, ale nie Oriabi, która jako jedna z niewielu nie karmiła się złudną nadzieją polepszenia swego losu.
Po długim i żmudnym wypatrywaniu najmniejszego ruchu w zamkniętej komorze, Oriabi padła wyczerpana. Przez sine palce u jej prawej ręki przepływała krew z rany, a na twarzy pozostał jedynie obojętny wyraz martwej nastolatki.
Niepewna miejsca swego pobytu, rozejrzała się wokół. Była zamknięta w wysterylizowanym pomieszczeniu bez żadnych mebli, okien, drzwi czy chociażby lamp, które rozjaśniałyby tajemniczą komorę. Siedziała rozkojarzona na chłodnej podłodze z niedającą o sobie zapomnieć migreną. Po raz kolejny przyjrzała się idealnie pustym ścianom. Wiedziała, że gdzieś w tej celi musiało być jakieś sprytnie ukryte wyjście. Jej głównym celem stało się jak najszybsze odnalezienie drogi ucieczki.
Cholera. Będę musiała przeczesać każdy centymetr tej zasranej puszki, pomyślała.
Z gniewem wypisanym na twarzy, zebrała wszystkie pokłady sił jakie w sobie miała i dźwignęła się na nogi. Zabrało jej to znacznie więcej energii niż przypuszczała. Zmęczona, oparła swe ręce na biodrach i poczuła wyraźne szczypanie w prawym boku. Spojrzała w stronę prawdopodobnej rany. Zmarszczyła brwi. Następnie złapała za dolną część brudnej, siwej koszulki i podwinęła ją aż pod sam biust. Tak jak myślała, pieczenie pochodziło od dość głębokiego cięcia, z którego powoli sączyła się czerwona krew.
Jeszcze tego mi brakowało...
Z poirytowaniem przewróciła oczami. Wzdychając opuściła materiał na dół.
Jak ja tu w ogóle trafiłam?
Szukając jakichkolwiek wskazówek, spojrzała na miejsce, w którym się obudziła. Dostrzegła delikatnie narysowany wzór. Zaintrygowana, kucnęła tuż przed trzema prostymi kreskami ułożonymi na kształt litery "s". Ostrożnie wyciągnęła przed siebie dłoń i musnęła tajemniczy znak.
Runa śmierci? To nie ma żadnego sensu.
Skrzywiła się zdziwiona. Dokładnie wiedziała kto używał tej runy jako jedyny w całym państwie.
Po co Anioły Kresu miałyby mnie porywać?
Sfrustrowana z powrotem usiadła i zaczęła rozmyślać o najniebezpieczniejszej, a zarazem najskuteczniejszej organizacji jaka istniała w Montanie. Anioły Kresu - wyszkoleni mordercy chroniący ludzkość przed mistycznymi stworzeniami poczynając od zwykłych szablaków, a kończąc na najgroźniejszych istotach jakie mógł tylko stworzyć ten świat - Zafiry. Potwory w ludzkiej skórze. Charakteryzowały się białymi, bez żadnego wyrazu oczami oraz wystającymi, czarnymi żyłami na twarzy. Te bardziej doświadczone potrafiły ukrywać swą tożsamość, jednakże tylko przed nieświadomymi ludźmi, którzy wręcz ociekali głupotą. Przed Aniołami Kresu niczego nie dało się zataić. Zawsze wiedzieli gdzie kryje się morderczy Zafir pochłaniający z ludzi życiową energię - lub jak inni mawiali - duszę. Zabijali go szybko, skutecznie i bez żadnych skrupułów. Uważano ich za bohaterów, bez których ludzka rasa szybko by wyginęła. Mimo licznych pochwał i wiwatów, rzadko pokazywali się publicznie. Ubrani w czarne peleryny z kapturami na głowach, czarne kostiumy oraz przeróżne maski na twarzach, ukrywali swe prawdziwe oblicze. Ich niezrównoważeni fani dokładnie obserwowali wszelkie poczynania wspaniałych Aniołów Kresu. Robili notatki, próbowali śledzić, starali się odgadnąć kto chowa się za maską. Mimo ogromnego wysiłku, wszystko szło na marne. "Bohaterzy" naszego świata byli zbyt sprytni i szybcy.
Siedząc zamyślona, uświadomiła sobie, że nic nie pamięta z poprzedniej doby. W jej głowie tkwiła jedna, wielka, czarna pustka, którą na siłę próbowała zapełnić doszukując się jakichkolwiek obrazów w odmętach swego umysłu. Mimo iż panikowanie nie leżało w jej naturze, wyraźnie odczuwała wzrastający w niej stres.
Fakty. Same fakty. Nazywam się Oriabi Besidwasio. Mam siedemnaście lat. Mieszkam w państwie Montana w strefie Robotników. Znajduję się w szczelnie zamkniętej komorze. Zostałam porwana przez Anioły Kresu. Na ciele mam głęboką ranę oraz wiele siniaków. Stoczyłam walkę. Nie pamiętam całej doby.
Powtórzenie faktów zaczęło ją uspokajać. Wiedziała, że musi kierować się wyłącznie zdrowym rozsądkiem, aby wyjść cało z tej sytuacji. Jednakże uniemożliwiała jej to wciąż krwawiąca rana, która wymagała szybkiego opatrzenia. Z każdą minutą Oriabi odczuwała ją coraz bardziej. Przed jej oczyma pojawiły się czarne mroczki, a zimne poty wzmogły się o dodatkowe dreszcze. Krótkie minuty zaczęły dłużyć się w nieskończoność. Dygoczącą dłonią ucisnęła bolesną ranę. Zimno swym płaszczem coraz bardziej okrywało jej przechodzące w sine barwy ciało. Wytężenie swego umysłu było dla niej teraz niemal niemożliwe. Całą swą uwagę skupiała na zbliżającej się wielkimi krokami hipotermii.
Nie bez powodu mnie porwali. Nie mogą więc dopuścić do mojej śmierci. W końcu ktoś przyjdzie. Muszę tylko pozostać przytomna.
Znużona wnioskowała. Pragnęła położyć się na plecach, zamknąć powieki i odpłynąć w błogi sen. Jednakże chęć przeżycia była znacznie silniejsza. Siedziała twardo co chwile przemierzając wzrokiem zimno-głuche pomieszczenie. Oddech nie przychodził jej już z taką łatwością jak wcześniej. Teraz był ciężki i chrapliwy. Brzmiał niczym nic nie warty pijaczyna topiący swe żale i smutki w najgorszym ścierwie zakupionym od chciwych handlarzy ze świecącymi oczami na widok pieniędzy. Zwykłe pomioty, którymi Oriabi gardziła bardziej niż zepsutymi dzieciakami z bogatych domów z najlepszej strefy w całym państwie, czyli Myślicieli. Wśród nich byli głównie nauczyciele, buraki udające "polityków" oraz nikczemni doradcy prezydenta. Pławili się w wszelkiego rodzaju luksusach, na które resztę mieszkańców Montany nie było stać. Każdy kto zamieszkiwał tę strefę był uważany za elitarną osobistość, z którą warto mieć dobry kontakt, chociażby po to, aby wykorzystywać go dla godnego życia. Drugą pod względem dobrobytu strefą była strefa Stylistów. Każdy stamtąd uchodził za zadufanego świra z niedorzecznie wybujałą wyobraźnią. Obecna prezydent, Hedwig Rabk, osobiście uwielbiała mieszkańców tej części małego świata zwanego państwem. W szczególności projektantów i szwaczy, którzy tworzyli dla niej i jej męża wraz z dwiema córkami rozmaite i zarazem dziwaczne stroje. Oriabi miała tą "przyjemność" często bywać w wielkim domostwie pani prezydent, gdyż jej matka była najlepszą w Montanie projektantką. Ava uważała, że bliskie kontakty z prezydenckimi córami w przyszłości przyniosą wiele korzyści jej nastoletniej pociesze. Tymczasem biała piękność - tak była nazywana przez spadkobierczynie dorobku Hedwig - nie cierpiała przebywać tam wśród obrzydliwie wyidealizowanych ludzi. Robiła wszystko, aby tylko uniknąć konfrontacji z przepiękną nastolatką Lakrysą oraz dorastającą w wieku Hathor - Anishą. Ich poprawność w każdym calu mocno irytowała młodą Besidwasio, która wyczekiwała do swych osiemnastych urodzin, podczas których zostanie przydzielona najbardziej pasująca do jej umiejętności praca i nie będzie musiała dłużej chadzać do prezydenckiej rezydencji.
Nie za bogatą, ale również nie za biedną strefą była strefa Uzdrowicieli. Nie byli oni ani popularni ani zbytnio ciekawi, aby mieszkańcy plotkowali o ich monotonnym życiu. Zatem najbiedniejszą, najbrudniejszą i najgorszą strefą była ta zamieszkiwana przez rodzinę Oriabi. Miejsce, którego wszyscy się wystrzegali. Omijane szerokim łukiem przez ludzi z wielkimi ambicjami, którzy ostatecznie i tak kończyli w tej zatęchłej dziurze. Tu ludzie pracowali od świtu do nocy, aby tylko mieć za co wykarmić dzieci, które pomimo obdartych i brudnych ubrań, biegały wokół domostw, bawiąc się i śmiejąc. Każdy nastolatek z większymi umiejętnościami łapał pierwszą lepszą okazję do ucieczki z ziem, w których uczyło się jedynie przemocy i ginęło śmiercią nie godną nawet psa. Wielu ta rzeczywistość przytłaczała, ale nie Oriabi, która jako jedna z niewielu nie karmiła się złudną nadzieją polepszenia swego losu.
Po długim i żmudnym wypatrywaniu najmniejszego ruchu w zamkniętej komorze, Oriabi padła wyczerpana. Przez sine palce u jej prawej ręki przepływała krew z rany, a na twarzy pozostał jedynie obojętny wyraz martwej nastolatki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz