niedziela, 1 maja 2016

01.Niecodzienna codzienność.

   Jak każdego dnia, ze wszystkich domowników, Oriabi obudziła się pierwsza. Przekręciła głowę na lewą stronę i spojrzała na nadal smacznie śpiącą Hathor. Rozczochrane blond włosy zakrywały część jej uroczej, dziecięcej twarzy. Oddech miała głęboki i głośny, lecz nadal spokojny. Ułożona na prawym boku wyglądała niczym mały aniołek tkwiący w czeluściach tego świata. Była za delikatna, aby żyć w niekończącym się piekle. 
   Taka bezbronna i niewinna. Nie pozwolę, aby kiedykolwiek coś ci się stało.
  Wyrywając się z rozmyśleń, Oriabi przegryzła dolną wargę i szybkim ruchem podniosła się do pozycji siedzącej. Była zmęczona monotonicznością każdego dnia w jedynym istniejącym państwie w tym zniszczonym świecie, który dał siłę jego przywódcom na zemstę na Zafirach za zniszczenie ludzkości i ponowne odbudowanie prawowitego porządku na Ziemi - tak mawiali doradcy prezydenta. Odchyliła głowę do tyłu patrząc na zniszczone, drewniane sklepienie, potocznie zwane sufitem. Westchnęła. Na myśl o porozwieszanych w całej Montanie sloganach, które wychwalały te zakłamane państwo, białowłosa śmiała się z pogardą. Nie znosiła go, ani tego, że musi tu tkwić do końca swych dni. Banalny obszar zabudowany murem nie do przejścia, przyprawiał ją o mdłości. Odbierano jej tu wszystko co choćby minimalnie polepszało jej życie.
   Nie marnując więcej czasu na zbędne rozmyślanie, wstała, złapała za wyblakłe, czarne ubrania leżące na starym krześle i poszła do małej klitki przypominającej łazienkę. Zwinnymi ruchami, przebrała się z siwej piżamy uszytej przez jej mamę w koszulkę i długie spodnie. Następnie spojrzała przed siebie na pokryte rdzą lustro. Jak za każdym razem, próbowała dostrzec coś z czego byłaby zadowolona w swoim wyglądzie. Jednakże wszystkie starania jak zwykle szły na marne. Nie widziała tego piękna, którym została obdarzona jej rodzina. Była tam tylko poważna nastolatka, obdarta z miłości do ludzkości. Denerwowały ją jej włosy, beznamiętne, szare oczy, wychudzona od głodu twarz, duże usta. Nie wywoływało to u niej żadnych kompleksów jak u reszty dziewcząt, które często wytykały ją palcami, gdyż nie była tak kobieca jak one. Wystarczała jej swa zaradność, której przygłupawym krowom - jak sama je nazywała - brakowało.
   Znużona, wyszła z małego pomieszczenia pozostawiając na zniszczonej półce, nocne odzienie. Nie zwracając na nic więcej uwagi, wymknęła się po cichu z domu, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. Dzień zapowiadał się dobrze. Słońce, budzące się do życia przyjemnie ogrzewało bladą twarz młodej Besidwasio. Bezchmurne niebo onieśmielało swym błękitem. W pobliżu nie było ani żywej duszy. Dziewczyna chciała, aby uśpienie strefy Robotników trwało wiecznie. Rodzime ziemie pogrążone w ciszy i spokoju były ukojeniem dla jej umysłu. Chłodny, poranny wiatr rozwiewał jej śnieżno-białe włosy we wszystkie strony. Pomimo urokliwych widoków, to miejsce było przepełnione plugawością zmarnowanych ludzi, podejmujących się każdej roboty, aby tylko dostać nędzną ilość jedzenia czy innych łupów. Im cięższa była praca do wykonania, tym większa nagroda. Jednakże odważnych było tu mało. Najlepsze zlecenia zazwyczaj polegały na kradzieży różnych przedmiotów od wpływowych ludzi, za co groziło - w najgorszym wypadku - wygnanie. Uważano to za najsurowszy wymiar kary. Gorszy nawet od śmierci. Zazwyczaj to Oriabi przyjmowała te najtrudniejsze zadania, aby zapewnić swej rodzinie jakikolwiek byt. Dokładnie wiedziała co się z nią stanie, gdy zostanie przyłapana, lecz nie dbała o to. Nie dbała o siebie. Jedynie chciała, aby brzuszek jej młodszej siostry zawsze był napełniony. Często, w tajemnicy przed wszystkimi, oddawała jej swe dzienne porcje.
   To ten dzień. Ten cholerny, zatęchły dzień.
  Zdenerwowana, zacisnęła pięści i ruszyła przed siebie wytartą ścieżką. Kroczyła szybkim, lecz opanowanym krokiem wśród wielu małych domostw. Czujnie obserwowała czy nikt jej nie widzi. Miejsce, w które się udawała, było znane zaledwie kilkunastu osobom z całej strefy. Nic nie było tam ważniejsze od bezpieczeństwa kryjówki. Każdy podejrzany o zdradę, ginął w "tajemniczych okolicznościach". Nieszczęśnicy umierali najbardziej haniebną śmiercią - śmiercią Zafir. Ciała oddzielone od głowy były ostrzeżeniem dla każdego śmiałka przyjmującego zlecenia, który choćby przez sekundę pomyślał o ujawnieniu "zbrodniarzy" łamiących prawo Montany.
  Droga od domu Oriabi do Oazy - miejsca zleceń - nie była długa. Dzieliło ją zaledwie kilka domków. Stanąwszy przed niewyróżniającą się chatą, białowłosa zapukała delikatnie w spróchniałe drzwi. Kilka sekund później, otworzyła je zgarbiona staruszka, owinięta czarną płachtą.
   – Czego tu szukasz, drogie dziecko? – Zapytała uważnie obserwując okolicę.
 Dziewczyna stała nieruchomo z grobową miną. Wyraźnie nie miała zamiaru odpowiedzieć uprzejmej kobiecie.
   – Jestem dla ciebie za dobra. – Westchnęła wciągając nastolatkę do środka.
  Wnętrze było udekorowane skromnie. Stare, drewniane meble, ledwo trzymały się razem. Brudne okna przykryte były pożółkłymi zasłonami z wyżartymi gdzieniegdzie dziurami przez mole. W powietrzu unosił się zapach zgnilizny, który był nie do zniesienia. Stęchlizna wrzynała się w nozdrza gościa, dusząc go. Babka nie dbała o to miejsce, tak samo jak o warunki swego - i tak już nędznego - życia. Wyglądała niegroźnie. Ubrana w łachmany jak bezdomny. Siwe, nierozczesane włosy, sięgały jej do ramion, czasem przysłaniając pomarszczoną twarz. Brązowe oczy promieniały życzliwością, lecz tylko na pozór.
  – Nie potrzebnie dziś przychodziłaś. Nie mam nic dla ciebie. – Burknęła zmieniając się z miłej babuni w przywódcę Oazy.
   – Zawsze coś dla mnie masz.
  – Nie tym razem. Może w przyszłym miesiącu. – Usiadła na zapadniętym fotelu, który przykryty był piaskowym kocem.
  Wszystkich przyprawiał on o mdłości. Odstraszał nie tylko swym wyglądem, lecz również zapachem wymiocin, potu oraz moczu. Z nikomu niewiadomych powodów, był on jedyną rzeczą, która wprawiała starą prukwę - tak nazywały ją okoliczne dzieciaki - w radość.
  – Idź już sobie – warknęła.
  Nastolatka stała w bezruchu w tym samym miejscu, dokładnie przyglądając się starszej kobiecie.
 – Jest jedno zlecenie, ale jest zbyt niebezpieczne, abyś się go podjęła. – Sapnęła sfrustrowana przenikliwym wzrokiem białowłosej.
  – Jestem najlepszym wykonawcą jakiego posiadasz. Jeżeli ja tego nie zrobię, to nikt inny również.
 – Masz rodzinę dzieciaku. Powinnaś się cieszyć, że pozwoliłam ci dołączyć do Oazy. –Odpowiedziała oburzona.
  – Marnie... – powiedziała do staruszki.
  Marnie Cerl. Dziwaczka błąkająca się po tym świecie w samotności. Bez rodziny, bez przyjaciół. Podobnie do Oriabi, była apatyczna. Przynajmniej stwarzała takie pozory. Starała się nie przywiązywać do ludzi, co wychodziło jej całkiem dobrze. Wyjątkiem była młoda Besidwasio. Staruszka widziała w izolującej się dziewczynie marnujący się potencjał, który wykorzystywała w niecny sposób. Obserwowała ją, gdy ta miała zaledwie trzynaście lat. Dokładnie znała sytuację jej rodziny. Zaharowujący się rodzice nie spędzali za wiele czasu ze swymi pociechami. Wciągnięcie niewinnej i całkowicie bezbronnej - wtedy - dziewczynki nie było szczególnym wyzwaniem dla takiej osoby jak Marnie. Przyciągała do siebie ludzi jak światło ćmy. Wabiła tych "wyjątkowych" i wprowadzała ich do brutalnego świata Oazy - małej organizacji rebeliantów starających się obalić niefortunnie dobraną, despotyczną władzę. Członkowie tak zwanego "ukojenia" sprzeciwiali się wszystkiemu co rządzący Montaną czynili. Wyjątkowość nastolatki polegała na jej obojętności. Nie interesowały ją pobudki reszty członków czy cel do jakiego dążyli. Jedynie przyjmowała zlecenia i skutecznie je wykonywała.
  – Niech cię szlag. – Cerl zacisnęła pięści. – Powierzę ci te zlecenie, ale w razie problemów, nikt ci nie pomoże. Będziesz zdana wyłącznie na samą siebie. – Ostrzegła skupioną nastolatkę.
  – To żadna nowość. Powiedz mi w końcu co mam zrobić. – Odpowiedziała zniecierpliwiona.
  Brązowe oczy staruszki, które jako jedyne z całego ciała się nie zestarzały, wodziły zaniepokojonym wzrokiem po zakurzonych ścianach. Przy każdym spotkaniu, Oriabi precyzyjnie się im przyglądała. Wyobrażała sobie powabność Marnie w czasach jej młodości. Delikatna, urokliwa kobieta, wabiąca zwyrodniałych mężczyzn, wyobrażających sobie wiele zbereźnych scen erotycznych z nią w roli głównej. Nie zabawiała się z nimi, jedynie ich podniecała. Doprowadzała do szaleństwa. Zabawa bez konsekwencji.
  Powoli się podniosła i podeszła do małego stolika przykrytego własnoręcznie wydzierganą, białą serwetą. Oparła się na nim przepracowanymi rękoma. Jej radosna twarz była zasłonięta poważnym wyrazem, który ani trochę nie pasował do osobowości staruszki. Wpędzał ją w opętany cień obślizgłej i niemoralnej rzeczywistości.
  – Musisz okraść Hedwig Rabk z akt. – Wydusiła patrząc Oriabi prosto w oczy.
 Zaskoczona dziewczyna zmarszczyła brwi. Nie sądziła, że członkowie Oazy podejmują się tak ryzykownych zadań. Obrabowanie prezydenta Montany było wręcz niemożliwe. Strażnicy czaili się w każdym kącie ogromnej fortecy.
  Nikt nie będzie podejrzewał bezbronnej i wygłodniałej siedemnastolatki. 
  – Jak wyglądają te akta i gdzie się znajdują? – Zapytała wprost.
 – Czarna teczka z białym paskiem po środku. Hedwig trzyma ją u siebie w gabinecie.
  Oriabi kiwnęła potakująco głową i odwróciła się w stronę wyjścia.
  – Mała - zatrzymała ją staruszka. – Uważaj na siebie. Masz do kogo wrócić. Nie zapominaj o tym.
  Białowłosa nic nie odpowiedziała. Nie obchodziły ją uczucia, którymi obdarowywała ją Marnie. Nie dbała o jej uprzejmą troskę. Równie dobrze mogła zastać ją uśmierconą i gnijącą w tym cuchnącym fotelu. Nie była nawet pewna czy stanęłaby w jej obronie. Kobieta była tylko pracodawcą. Niczym więcej, niczym mniej.
  Posyłając ostatnie spojrzenie, wyszła. Strefa zaczęła już tętnić ponurym życiem, brudnych mieszkańców. Chłodne spojrzenia mężczyzn i kobiet maszerujących do pracy, spoczywały na niej przez kilka sekund. Pomimo powtarzania tego cyklu przez kilka lat, wciąż nie mogła do tego przywyknąć. Kradzież była dla niej znacznie łatwiejsza niż odgonienie wścibskich oczu. Mierzono ją często z góry na dół, oceniając. Traktowana jak obraz powieszony na jednej z białych ścian wielkiego domostwa zamożnej rodziny. Zwiedzano i interpretowano jej urodę, charakter, pożycie rodzinne. Wytykano wady, nakazywano odnowienie nie patrząc na stan psychiczny poniszczonego dzieła stworzonego przez wybredną, lecz z wyjątkowym poczuciem humoru, matkę naturę. Ten mistyczny pokaz nie miał końca. Dłużył się godzinami, dniami, latami.
  Po przejściu kilku metrów, schroniła się w swym domu, w którym panowała podejrzana cisza. Zazwyczaj już od samego progu witała ją rozpromieniona Hathor. Wtulała się w nią jak w miękką poduszkę do snu.
  – Nie rozczulaj się tak. – Odpowiadała Oriabi.
  Kochała swą siostrę, lecz nigdy jej tego nie okazywała. Nie czuła takiej potrzeby.
 Tym razem nikt do niej nie podszedł. Nikt nie przywitał, krzycząc z innego pomieszczenia. Zaniepokojona, ruszyła wolnym krokiem przez krótki korytarz do wnętrza chaty. Przy stole jadalnianym siedziała cała jej rodzina. Nerwowo spoglądali to na siebie, to na nią.
  – Co się dzieje? – Zapytała.
 Nikt jej nie odpowiedział. Nikt nawet nie próbował. Coraz bardziej sfrustrowana nietypową sytuacją, nastolatka zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Wszystko wokół było spokojne. Zbyt spokojne. Nawet nigdy nie dająca się złapać mucha, nie bzyczała.
  – Oriabi Besidwasio. Lat siedemnaście. Strefa Robotników.
 Za jej plecami odezwał się przyjemny, kobiecy głos. Łagodny jak latający podczas upalnego lata motyl o tysiącu barw, lecz nadal groźny.
 Dziewczyna nie odezwała się. Stała nieruchomo czekając na kolejne słowa nieznajomego przybysza.
  – Obiekt zaakceptowany.
  – Obiekt? – Oburzona, odwróciła się na pięcie.
 Tuż przed nią stała kobieta średniego wzrostu i o smukłej, atrakcyjnej figurze. Ubrana w czarny kostium z kapturem na głowie, spod którego wystawały długie, falowane, soczyście rude włosy. Twarz była zakryta białą maską z malunkiem czarnych ust. Jedyne co odkrywała, to mocno zielone oczy, które idealnie komponowały się z dobrze ułożoną czupryną. W prawej ręce trzymała dziwnie wyglądający miecz z rękojeścią aż do samego łokcia.
  Dowiedziała się o Oazie. Pewnie przyszła wymierzyć mi karę. Cholerny Anioł Kresu. 
  – Idziesz ze mną. – Rozkazała kobieta.
 Oriabi kiwnęła przecząco głową. Nie miała zamiaru nigdzie się wybierać z człowiekiem niosącym ze sobą wyłącznie śmierć. Nie zamierzała zginąć na wygnaniu, z rąk plugawych Zafir. Nie myśląc zbyt wiele, rzuciła się na spokojnie stojącego Anioła Kresu z pięściami. Jej atak został szybko i sprawnie unieszkodliwiony. Ruda nie puszczała wykręconej ręki białowłosej, która się szarpała, lecz na marne. Pomimo wolnej drugiej ręki, była bezsilna. Po krótkiej chwili poczuła jak kobieta wbija w jej delikatną szyję, igłę, którą wpuszcza do organizmu natychmiastowo działającą substancję. Sen i znużenie dopadły ją. Nie mogąc się dłużej bronić, opadła bezwładnie na ziemię, raniąc przy tym bok mieczem Anioła Kresu.


   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz